Powstrzymywałem się długo, ale w końcu parę słów muszę z siebie wyrzucić. O papieżu będzie. Tydzień od beatyfikacji właśnie mija, więc to dobra okazja. Choć równie dobra, jak każda inna.
Byłem w Londynie kilka tygodni przed tzw. ślubem stulecia (swoją drogą nieźle ktoś wykombinował, do końca stulecia jeszcze trochę zostało, więc potencjalni następcy wszystkich tronów nie muszą się starać, ślub stulecia już przecież był). Na wystawie jednej z lewicowych księgarni dumnie wystawione były torebki na wymioty z rysunkiem pary książęcej. O takie:
Niedawno naszła mnie myśl, że żałuję, iż nikt w Polsce nie odważył się wyprodukować czegoś podobnego z wizerunkiem Karola Wojtyły. Nie chodziłoby w tym wszystkim nawet o brak szacunku dla papieża, tylko o ogólnonarodowe zamieszanie i ekscytację nadciągającą wówczas beatyfikacją.
Papież był wszędzie - w empikach, w kioskach ruchu, w mediach, w kinach, na ulicach, wypatrzyłem nawet papieża na talerzu w oknie wystawowym sklepu sprzedającego generalnie rajstopy i podobne produkty. Stał ten talerzowy papież dumnie patrząc przez brudnawą szybę, a obok wisiała karteczka z napisem "Peleryny przeciwdeszczowe w sprzedaży". Na początku jeszcze miałem z tym wszystkim jakiś ubaw, liczyłem w empiku kolejne książki, w których tytułach pojawiało się obowiązkowo "Jan Paweł II" z dopiskiem, że wielki, święty, błogosławiony i oczywiście Nasz. Przestałem, gdy zobaczyłem coś takiego:
Miara się przebrała. Polska tradycja zakazuje źle mówić o zmarłych, stąd niewielu filozofów, teologów, historyków, etc. odważy się papieża myśl skrytykować. Odważył się Tomasz Piątek i choć jego "Antypapieża" jeszcze nie czytałem, za sam ruch należą się mu gratulacje. Może trzeba się spieszyć, bo w naszym jakże tolerancyjnym kraju znajdzie się na pewno wielu, którzy tego Piątka z rozkoszą posłaliby na stos. Dostanie wyrok, jak Salman Rushdie za "Szatańskie wersety". Fanatyzmy mają to do siebie, że w wielu aspektach są bliźniaczo podobne.
Piątkowi należą się gratulacje dodatkowe, bo przynajmniej pokusił się, by z myślą Wojtyły się zapoznać. Dokonać analizy - choćby pobieżnej, co wnoszę z małych książeczki rozmiarów - pochylić się, polemizować, doszukać się niekonsekwencji. Cokolwiek zrobił, liczy się choćby to, że zrobił, pomyślał, napisał. Większość Polaków, jak sądzę i raczej niestety się nie mylę, papieża kocha, szanuje, wielbi, ale nie do końca wie za co. To znaczy ludzie wiedzą: bo on był nasz. Papież Polak. A na dodatek taki miły. Sympatyczny, a potem taki rozczulający. Wszystko robił dobrze. Do tego stopnia, że jego wyciskająca piętno na starczej twarzy choroba była "heroiczną walką" (choć po ludzku, normalnie, należała mu się solidna opieka i odpoczynek, a nie wystawanie po watykańskich oknach).
Podejrzewam, że najwyżej promil Polaków, którzy masowo ciągle papieża kochają (choć coraz częściej w postaci tandetnych figurek, obrazków, albumów ze zdjęciami), zna jego pisma i encykliki. A jeszcze mniej zna i rozumie. Nie będę udawał, że znam i rozumiem. Ale przynajmniej jestem w stanie się do tego przyznać.
Nie wiem, dlaczego Karol Wojtyła - żeby nie było wątpliwości, człowiek absolutnie zasłużony i mający olbrzymi wpływ na polityczną historię Europy końca XX wieku - jest błogosławionym, a docelowo ma być świętym. Nie wiem, czy zasłużył na wyniesienie na ołtarze - nie wierzę w cuda, w spełnione za jego pośrednictwem modlitwy, ani nic takiego, więc ten aspekt do mnie nie przemawia. Jego dokonania na świeckim polu, czyli choćby niezaprzeczalny wpływ na obalenie komunizmu w Europie Wschodniej, zostały już odpowiednio uhonorowane, choć przyznaję, że spora część wystawionych mu w Polsce pomników raczej jego pamięć obraża.
Nie wiem, dlaczego święty, wielki błogosławiony.
Ale są tacy, którzy wiedzą.
Być może to zdrowy ironiczny głos rozsądku. Obawiam się jednak, że to raczej kolejny przejaw ogólnonarodowej psychozy.
niedziela, 8 maja 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



1 komentarz:
A może warto byłoby wziąć pod rozwagę znany wśród ludzi cierpiących na chroniczną obstrukcję cud luźnego stolca?
Prześlij komentarz