Wiem, wiem. To nie dla mnie film. I pewnie wiele osób się ze mną nie zgodzi. Ale "Mamma Mia!" to jeden z najgorszych filmów, jakie ostatnio widziałem. Zamiast spodziewanego relaksu przeżyłem nieco ponad półtorej godziny w piekle.
Gdyby ktoś przed filmem powiedział mi, że po seansie najbardziej spodobają mi się piosenki Abby, pewnie bym go wyśmiał. Ale tak właśnie było - najfajniejsze z całego filmu są nieśmiertelne hity ikony szwedzkiego disco-kiczu. Na dodatek tak zgrabnie ułożone, że ich teksty faktycznie tworzą w miarę spójną fabułę. Tyle że to nie zasługa twórców filmu, ale będącego jego podstawą musicalu. Od strony filmowej rzecz bowiem leży. Począwszy od aktorstwa. Choć Colin Firth i Stellan Skarsgard dają radę, a Pierce Brosnan i Meryl Streep tylko trochę mniej, wszystko zabija koszmarne, przerysowane, drażniące wykonawstwo na drugim planie. A trudno zabić tak prostą i głupią w sumie fabułę - rzecz polega bowiem na tym, że szykująca się do ślubu panna młoda koniecznie chce wiedzieć, kto jest jej tatą. A że kandydatów mamuśka wspomina trzech, dziewczę - w tajemnicy przed rodzicielką - całą trójkę zaprasza na wesele. Co oczywiście jest pretekstem do całego szeregu mniej lub bardziej zabawnych (zazwyczaj mniej) pomyłek.
Całość rozgrywa się w cukierkowych realiach greckiej wysepki, ale Grecy powinni pozwać producentów do sądu za antyreklamę. Ja w każdym razie bałbym się miejsca, w którym zza każdego winkla wystają hordy greckich handlarzy rybą i śpiewając komentują to, co robisz.
Dobra, zdaję sobie sprawę, że to taka konwencja. Że może tak miało być. Ale naprawdę, lepiej obejrzeć "Greka Zorbę" i puścić sobie płytę Abby, niż cierpieć takie katusze, jakie zafundowali realizatorzy "Mamma Mia!".
niedziela, 17 sierpnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz