niedziela, 27 marca 2011

34

Dziś skończyłem 34 lata.

Jesus Christ, eat your heart out. 

Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać.

niedziela, 13 lutego 2011

Smacznego

Nazwy produktów spożywczych bywają inspirujące, zaskakujące, dziwaczne. Ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. A jak już zobaczyłem, to wiem, że nie spróbuję. Zdjęcie z jakiegoś sklepu internetowego, bo w spożywczaku nie zrobiłem, chyba na skutek szoku.


Milksełko. MILKSEŁKO. MILK-kurwa-SEŁKO.
M I L K S E Ł K O. 

Brawo. 

Z archiwum N

W życiu każdego nadchodzi czas pożegnania. Czasami są smutne bardziej niż inne. Dziś żegnam moją Nokię tak starą, że nie pamiętam, jaki to model. Żegnaj Nokio! Przeszłaś ze mną więcej niż jakikolwiek inny telefon. Życie jest jednak brutalne, więc wymieniam Cię na młodszą koleżankę, też z Finlandii. 
Na pocieszenie kilka zdjęć z remanentu karty pamięci. Jakość taka sobie, ale aparat miał zaledwie 2 megapiksele. Choć pamięta czasy, gdy było to aż 2 megapiksele.

Na początek - ostrzeżenie. Plakat krzywo naklejony na latarnię, ale widać, o co chodzi. Chciałem dowiedzieć się więcej, ale termin nie pasował, choć z pracy miałem blisko. Wiem wszak, że Apokalipsa w 2012 roku już działa (Franciszek Smuda?). Jednak najbardziej ujmująca wydaje mi się nazwa całego cyklu wykładów/prelekcji/wystaw czy co tam to w ogóle było. 



Salon urdy "Lidia" właściwie nie wymaga komentarza. Zastanawia tylko niekonsekwencja. Skoro wąsiki i paszki, to powinny być też nóżki, łydeczki i udka. I bródka, oczywiście. 
Ciekawe, ile za wizytę w "Lidii" zapłaciłby yeti?



Może i mało śmieszne, ale pamiątka z remontu parkingu podziemnego przy Klifie. Jak bardzo musiał być z siebie dumny autor tej planszy, że tak ładnie mu się napis zmieścił. 



Empik. Bez komentarza. Choć i tak dobrze, że nie Salieri. 



Markpol przy metrze Stokłosy. Z takim hasłem kierownik tej placówki mógłby w cuglach wygrać wybory samorządowe. Zwłaszcza, że były również tygodnie szalonych cen! sera i ryb. 



I dwa zdjęcia reklamy w autobusie. Sam plakat jest już wystarczająco absurdalny (ZTM nie ma najwyraźniej dobrych copywriterów na swoich usługach), ale aż prosił się o ten dopisek. Dopisek, dodajmy, tak oczywisty, że aż żałuję, że sam nie wpadłem na ten pomysł. Na ogólnym zdjęciu nie widać, więc daję zbliżenie.





Na samo zakończenie potwierdzenie znanej maksymy, że prawda was wyzwoli. Nie dotyczy kur, oczywiście.


piątek, 11 lutego 2011

Przeciw antysemityzmowi

Historia prawdziwa, straszna, niestety, choć jak sądzę wiele osób by ją zbagatelizowało. 
W biurowcu, w którym pracuję, odbywa się od dłuższego czasu remont, co jest o tyle istotne, że często podróż windą odbywa się w towarzystwie robotników, zazwyczaj uprzejmych, spokojnych, nikomu nie wadzących specjalnie.
Ostatnio przyszło mi z dwoma takimi osobnikami spędzić w windzie uroczych kilkanaście sekund, w czasie których byłem świadkiem takiego mniej więcej dialogu (wkroczyłem w jego środek, więc nie wiem, kim był osobnik opisywany, choć łatwo się domyślić, że ich kolegą po fachu):

Robotnik 1: ...i wali strasznie, jebany.
Robotnik 2: No bo się myje raz w tygodniu w sobotę, jak do tego swojego Białegostoku pojedzie.
Robotnik 1: I owłosiony jak małpa, kurwa, widziałeś?
Robotnik 2: He, he, stara to go kurwa powinna opalać nad gazem.
Robotnik 1: Wtedy to by żydem śmierdział...

Ostatnie słowa padły, gdy obaj dżentelmeni wysiadali już z windy. Nie zareagowałem. Nie zdążyłem, nie wiedziałem jak, niewątpliwie stchórzyłem też, a te parę sekund nie starczyło, żeby cokolwiek wymyślić. I tak się wstydzę. Nie jestem przesadnym obrońcą politycznej poprawności, generalnie staram się - jeśli już - kategoryzować ludzi według kategorii dobry/zły, a nie ze względu na jakiekolwiek cechy fizyczne.

Ale i tak mi wstyd. Choćby za to, że muszę zareagować jedynie w taki sposób, otóż kierując poniższe słowa do osobnika występującego w dialogu jako Robotnik 1. Wiem, że nigdy ich nie przeczyta (na moim bogu nie ma gołych bab, więc jeśli nawet potrafi korzystać z internetu, to nigdy tu nie trafi), ale muszę to napisać:
Skurwysynu, stuknij się w swój pusty łeb.
Amen.

niedziela, 23 stycznia 2011

Pisarz powszechnie nieznany

Interesująca sprawa ci pisarze. Nawet jeśli są nieznani, to warto się na nich powoływać. Zwłaszcza, jeśli mają wylansować innego pisarza - może mniej powszechnie nieznanego, ale w Polsce akurat nieobecnego raczej.
Oto powieść Jima Crace'a "Schronienie". Nie wiem, czy dobra, przeczytać jeszcze nie zdążyłem, ale złośliwie podam nazwę wydawcy - jest nim Świat Książki. Otóż nabywam ja powieść "Schronienie" zachęcony krótkim streszczeniem oraz uznaniem, jakim cieszy się rzeczony Jim w świecie z grubsza cywilizowanym, a mianowicie w rodzinnej Wielkiej Brytanii. I co czytam na czwartej okładce?
"Wybitna powieść w duchu Faulknera i McCormacka".
Faulknera znam. Ale McCormacków musiałem szukać po rozmaitych wikipediach. Kilku nawet znalazłem, co więcej, paru było (lub jest nadal) nawet pisarzami. Żaden jednak jakoś do klimatów Faulknerowskich nie pasował.
Streszczenie "Schronienia" sugeruje jakieś ideologiczne pokrewieństwo z "Drogą" niejakiego Cormaca McCarthy'ego i to oczywiście jest trop, jakim podążać należy. Wybitny pisarz McCarthy w świecie Świata Książki stał się bowiem McCormackiem. Również pisarzem wybitnym.
Gdy podzieliłem się tym uroczym newsem z przyjacielem z redakcji, stwierdził, że to proste: w rzeczywistości Świata Książki istnieje Carthy McCormack (choć już gwoli ścisłości powinien być McCormac), podobnie jak Gilloway McBrian, Bride MacStuart i wielu innych autorów. Mniej lub bardziej wybitnych, ale powołać się na nich w razie potrzeby zawsze można.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Jak nie zostałem gwiazdą

Berlin, niedzielne upalne popołudnie. Pod Muzeum Fotografii, obok Dworca Zoo.

Podchodzi do mnie jakiś pan, koło pięćdziesiątki, ale z gatunku takich wyluzowanych. Mówi po niemiecku, ale po mojej ripoście, że w tym języku nie rozumiem, przechodzi na płynną angielszczyznę:
- Straszny dziś upał. Byłeś na wystawie Helmuta Newtona?
- Tak, bardzo fajna
- Ja się dopiero wybieram. Skąd jesteś?
- Z Polski
- Mam dużo znajomych Polaków, ale wszyscy mieszkają w Berlinie. A co robisz w Polsce?
- Jestem dziennikarzem - przyznaję, że wtedy zacząłem rozważać możliwości ucieczki
- Fajna praca. Ja pracuję w pornobiznesie.
- Naprawdę?
- To nie to, co myślisz. Jestem już za stary na taką karierę. Jestem producentem.
I po chwili ciszy:
- Mógłbyś zagrać, jeśli byś chciał
- Nie dzięki, jestem żonaty
- A, to co innego. Wiadomo
Chwila ciszy, ale nie odpuszcza:
- Ale wiesz, są takie filmy, kojarzysz, gang bang. Tam nie widać twarzy, może jednak
- Nie, na pewno nie
- OK. To do zobaczenia może kiedyś...

20 minut później, wciąż na dworcu Zoo.
- Już wyjeżdżasz? - oczywiście, znajomy pornoproducent
- Tak, za kilka godzin.
- Może jednak byś był zainteresowany?
- Nie, nie. Dzięki.
- W razie czego często tu bywam. Do zobaczenia.

piątek, 14 sierpnia 2009

Wojsko Polskie poszło z duchem czasu. Zrobiło sobie logo.

W zasadzie zrobił je Andrzej Pągowski, nie wiadomo czemu wciąż uważany za guru polskiego plakatu, choć za nowymi trendami to on już dawno nie nadąża. Ale pal licho, Pągowski dobrych projektów ma na koncie sporo, więc mu odpuszczamy. Problem w tym, że ten akurat jest brzydki (a zobaczyć go można choćby tutaj).
Powkurzałem się chwilę, ale potem zrozumiałem, o co chodzi. Przypomniałem sobie bowiem projekt pomnika Norwida (zobacz). Orzeł siedzi tam zasłuchany w słowa wieszcza. No i ten orzeł, gdy sam zobaczył, co chcą z nim zrobić na pomniku Norwida, po prostu spierdala jak najdalej. Na razie trafił do literki P w logu wojska. Ale obawiam się, że będzie chciał uciec przynajmniej do jakiegos rezerwatu, żeby już nikt nie musiał się na niego gapić.