Jeśli czekacie na powrót Mesjasza, to on już tu jest. Prowadzi sieć myjni samochodowych.
Niewierni, zajrzyjcie: www.christ.com.pl
Pan czeka z akcesoriami i serwisem.
Kryste, pomiłuj.
Duży ukłon w stronę H., który zwrócił uwagę mojej niegodnej osoby na ten święty zakład.
niedziela, 2 listopada 2008
niedziela, 12 października 2008
Co zapamiętałeś z lekcji biologii?
Dzięki koledze, co to w pracy siedzi po mojej prawicy, zwróciłem uwagę na tytuł w dziale kulturalnym mojego ulubionego dziennika "Polska".
"Podwójny żywot polskiego tasiemca”.
Ciekawe czy uzbrojonego czy nie.
W tym samym wydaniu zapowiedź meczu Polska - Czechy: "Receptę na zwycięstwo miał dla Polski kardynał Dziwisz". Tytuł, jak się okazało, proroczy. Cud pod postacią 2:1 się wydarzył.
"Podwójny żywot polskiego tasiemca”.
Ciekawe czy uzbrojonego czy nie.
W tym samym wydaniu zapowiedź meczu Polska - Czechy: "Receptę na zwycięstwo miał dla Polski kardynał Dziwisz". Tytuł, jak się okazało, proroczy. Cud pod postacią 2:1 się wydarzył.
poniedziałek, 6 października 2008
Jeśli przygoda, to tylko w Empiku
Piękne musi być życie monopolisty. Zmuszać ludzi do korzystania ze swoich usług, kazać im płacić za to ciężkie pieniądze, a jeszcze nie spełniać nawet połowy ich oczekiwań i żądań. Zupełnie jak Tepsa. Albo Empik. Wiem, są konkurencyjni operatorzy telefoniczni, ale to Tepsa trzyma ster w ręce. I wiem, są księgarnie, sklepy internetowe, itp. A jednak to Empik ma palmę pierwszeństwa. Idziesz do centrum (miasta czy handlowego, wszystko jedno) i jeśli chcesz kupić sobie, dajmy na to, nową powieść Pratchetta, Gazetę Wyborczą i jakiś film na DVD, wchodzisz do Empiku.
Na miejscu okazuje się, że nie ma niczego, co akurat kupić chciałeś. Może poza GW. I nie musisz mieć wcale wygórowanych żądań – nie poszedłeś tam w końcu, by kupić japońską edycję płyty niszowego zespołu. Poszedłeś tam w poszukiwaniu nowości. Na przykład „Łaskawych” Jonathana Littella. Trudno o głośniejszą premierę literacką tej jesieni. Ważna to książka czy nie, warto sprawdzić. Premiera 3 października. No to idę. Empik na Marszałkowskiej, chyba największy w Warszawie, jeśli nie w Polsce. Na nowościach nie ma. Na literaturze obcej nie ma. Na półkach z napisem „POLECAMY” nie ma. Pytam panią z informacji.
- Już sprawdzam – pada odpowiedź. – Niestety nie mamy. Sprawdzę datę premiery.
- Dzisiaj – podpowiadam.
- 3 października – mówi po chwili pani.
- Czyli dzisiaj.
- To zobaczę, czy jest w innych salonach… Jest w dwóch, ale na stanie magazynowym. Możemy ją dla pana zamówić.
Nie zdecydowałem się na zamówienie i po kwadransie bez problemu kupiłem „Łaskawe” w maleńkiej księgarni na tyłach Sezamu. A skoro nie ma w Empiku (dziś pewnie już jest, ale co z tego) jednej z najważniejszych premier tego sezonu, to chyba nie powinienem się dziwić, że problemem było też odnalezienie „Wilczej wyspy” Konatkowskiego (jakieś dwa-trzy tygodnie po premierze). „Dr No” Fleminga był, ale za to urządzenie przy kasie nie skanowało kodu. A rzecz dotyczy serii książek bondowskich wydawanych przez Rzeczpospolitą od mniej więcej półtora miesiąca. O tym, co kiedyś przeszedłem szukając „Ja jestem sądem” Mickeya Spillane, wspominać mi się nawet nie chce.
Z książkami nie było łatwo, ale lud czyta mało (co z tego, że akurat nie dotyczy to Warszawy), a jeśli już, to głównie Grocholę. Kto by tam sobie jakimś Littellem głowę zawracał, toż to tysiąc stron z okładem, nikt tego czytać nie będzie.
Należy więc spróbować szczęścia z filmami. Spotykam (znów na Marszałkowskiej) M. Szuka prezentu na urodziny, wybrała „Pojedynek” Kennetha Branagha z Caine’em i Lawem, wydanie całkiem świeże i nawet jakieś trzy tygodnie temu udało mi się ten film w tym samym empiku kupić. Teraz nie ma. Szukamy w nowościach – nic, na kryminałach – nic. Pan z info mówi: są dwie sztuki, na sensacji. Jak są, skoro nie ma. Ale szukamy. Na thrillerach i obyczajowych także, na „POLECAMY” i na wszelki wypadek jeszcze raz na nowościach. No, nie ma. M. kupuje wreszcie inny film, a „Pojedynek” szczerzy gdzieś pewnie zęby w uśmiechu na półce z napisem „komedie”. Albo „animacje”, bo nic nie jest mnie w stanie w Empiku już zdziwić.
W takim razie może z muzyką pójdzie lepiej, choć tu stawiam wymagania nieco większe. Niech będzie Danzig. Zamiast przeszukiwać półki, korzystam z magicznego urządzenia, które pozwala szukać płyt, odsłuchiwać fragmenty utworów (choć jeśli zeskanujesz kod cenowy tym urządzeniem, to najczęściej otrzymujesz komunikat „nie wykryto albumu”), itp. Wpisuję Danzig. Sukces! Płyta, której szukam („Circle of Snakes”) – jak informuje mnie monitorek – znajduje się w tym salonie. Szybko się okazuje, że nie na półkach z metalem, a już z pewnością nie pod zakładką „Danzig”, choć inne płyty tego zespołu są. Nie ma jej w ogóle pod D, nie tylko (sprawdziłem) na regałach z „metal/ciężkie brzmienie”, ale i na półkach z muzyką rozrywkową zagraniczną. Prawdopodobnie w ogóle jej w tym salonie nie ma, chyba że pod postacią winyla.
Szukam dalej. Satyricon, „Now, Diabolical”. Już wiem, że będzie ciężko, ale sprawdzę. Wyszukiwarka uczciwie informuje, że nie ma płyty w tym salonie, ale dostępna jest w innych empikach. No to, myślę, niech pokaże w których. Ale z oczekiwania na rezultat rezygnuję po jakichś kolejnych dwóch zlodowaceniach. Na odchodnym sprawdzam tak na wszelki wypadek na półce, ale tym razem system informatyczny nie kłamał. Płyty, oczywiście, nie ma, ale tego byłem pewien już wcześniej.
Ostatecznie wychodzę z jakimiś wcześniej nieplanowanymi zakupami i przy kasie słyszę nieśmiertelne pytanie:
- Czy życzy pan sobie czegoś z naszej oferty specjalnej?
- A czego mogę sobie życzyć?
- Mamy filmy „Edith Piaf – niczego nie żałuję” i „300” w specjalnej cenie 19.99.
- „300” w wydaniu dwupłytowym?
- Tak.
- To poproszę.
- Niestety nie ma w tej chwili, zapraszam w poniedziałek.
Dziękuję. Może wpadnę. Zwłaszcza, jeśli czegoś nie będę chciał znaleźć.
Na miejscu okazuje się, że nie ma niczego, co akurat kupić chciałeś. Może poza GW. I nie musisz mieć wcale wygórowanych żądań – nie poszedłeś tam w końcu, by kupić japońską edycję płyty niszowego zespołu. Poszedłeś tam w poszukiwaniu nowości. Na przykład „Łaskawych” Jonathana Littella. Trudno o głośniejszą premierę literacką tej jesieni. Ważna to książka czy nie, warto sprawdzić. Premiera 3 października. No to idę. Empik na Marszałkowskiej, chyba największy w Warszawie, jeśli nie w Polsce. Na nowościach nie ma. Na literaturze obcej nie ma. Na półkach z napisem „POLECAMY” nie ma. Pytam panią z informacji.
- Już sprawdzam – pada odpowiedź. – Niestety nie mamy. Sprawdzę datę premiery.
- Dzisiaj – podpowiadam.
- 3 października – mówi po chwili pani.
- Czyli dzisiaj.
- To zobaczę, czy jest w innych salonach… Jest w dwóch, ale na stanie magazynowym. Możemy ją dla pana zamówić.
Nie zdecydowałem się na zamówienie i po kwadransie bez problemu kupiłem „Łaskawe” w maleńkiej księgarni na tyłach Sezamu. A skoro nie ma w Empiku (dziś pewnie już jest, ale co z tego) jednej z najważniejszych premier tego sezonu, to chyba nie powinienem się dziwić, że problemem było też odnalezienie „Wilczej wyspy” Konatkowskiego (jakieś dwa-trzy tygodnie po premierze). „Dr No” Fleminga był, ale za to urządzenie przy kasie nie skanowało kodu. A rzecz dotyczy serii książek bondowskich wydawanych przez Rzeczpospolitą od mniej więcej półtora miesiąca. O tym, co kiedyś przeszedłem szukając „Ja jestem sądem” Mickeya Spillane, wspominać mi się nawet nie chce.
Z książkami nie było łatwo, ale lud czyta mało (co z tego, że akurat nie dotyczy to Warszawy), a jeśli już, to głównie Grocholę. Kto by tam sobie jakimś Littellem głowę zawracał, toż to tysiąc stron z okładem, nikt tego czytać nie będzie.
Należy więc spróbować szczęścia z filmami. Spotykam (znów na Marszałkowskiej) M. Szuka prezentu na urodziny, wybrała „Pojedynek” Kennetha Branagha z Caine’em i Lawem, wydanie całkiem świeże i nawet jakieś trzy tygodnie temu udało mi się ten film w tym samym empiku kupić. Teraz nie ma. Szukamy w nowościach – nic, na kryminałach – nic. Pan z info mówi: są dwie sztuki, na sensacji. Jak są, skoro nie ma. Ale szukamy. Na thrillerach i obyczajowych także, na „POLECAMY” i na wszelki wypadek jeszcze raz na nowościach. No, nie ma. M. kupuje wreszcie inny film, a „Pojedynek” szczerzy gdzieś pewnie zęby w uśmiechu na półce z napisem „komedie”. Albo „animacje”, bo nic nie jest mnie w stanie w Empiku już zdziwić.
W takim razie może z muzyką pójdzie lepiej, choć tu stawiam wymagania nieco większe. Niech będzie Danzig. Zamiast przeszukiwać półki, korzystam z magicznego urządzenia, które pozwala szukać płyt, odsłuchiwać fragmenty utworów (choć jeśli zeskanujesz kod cenowy tym urządzeniem, to najczęściej otrzymujesz komunikat „nie wykryto albumu”), itp. Wpisuję Danzig. Sukces! Płyta, której szukam („Circle of Snakes”) – jak informuje mnie monitorek – znajduje się w tym salonie. Szybko się okazuje, że nie na półkach z metalem, a już z pewnością nie pod zakładką „Danzig”, choć inne płyty tego zespołu są. Nie ma jej w ogóle pod D, nie tylko (sprawdziłem) na regałach z „metal/ciężkie brzmienie”, ale i na półkach z muzyką rozrywkową zagraniczną. Prawdopodobnie w ogóle jej w tym salonie nie ma, chyba że pod postacią winyla.
Szukam dalej. Satyricon, „Now, Diabolical”. Już wiem, że będzie ciężko, ale sprawdzę. Wyszukiwarka uczciwie informuje, że nie ma płyty w tym salonie, ale dostępna jest w innych empikach. No to, myślę, niech pokaże w których. Ale z oczekiwania na rezultat rezygnuję po jakichś kolejnych dwóch zlodowaceniach. Na odchodnym sprawdzam tak na wszelki wypadek na półce, ale tym razem system informatyczny nie kłamał. Płyty, oczywiście, nie ma, ale tego byłem pewien już wcześniej.
Ostatecznie wychodzę z jakimiś wcześniej nieplanowanymi zakupami i przy kasie słyszę nieśmiertelne pytanie:
- Czy życzy pan sobie czegoś z naszej oferty specjalnej?
- A czego mogę sobie życzyć?
- Mamy filmy „Edith Piaf – niczego nie żałuję” i „300” w specjalnej cenie 19.99.
- „300” w wydaniu dwupłytowym?
- Tak.
- To poproszę.
- Niestety nie ma w tej chwili, zapraszam w poniedziałek.
Dziękuję. Może wpadnę. Zwłaszcza, jeśli czegoś nie będę chciał znaleźć.
niedziela, 17 sierpnia 2008
O mamma mia!
Wiem, wiem. To nie dla mnie film. I pewnie wiele osób się ze mną nie zgodzi. Ale "Mamma Mia!" to jeden z najgorszych filmów, jakie ostatnio widziałem. Zamiast spodziewanego relaksu przeżyłem nieco ponad półtorej godziny w piekle.
Gdyby ktoś przed filmem powiedział mi, że po seansie najbardziej spodobają mi się piosenki Abby, pewnie bym go wyśmiał. Ale tak właśnie było - najfajniejsze z całego filmu są nieśmiertelne hity ikony szwedzkiego disco-kiczu. Na dodatek tak zgrabnie ułożone, że ich teksty faktycznie tworzą w miarę spójną fabułę. Tyle że to nie zasługa twórców filmu, ale będącego jego podstawą musicalu. Od strony filmowej rzecz bowiem leży. Począwszy od aktorstwa. Choć Colin Firth i Stellan Skarsgard dają radę, a Pierce Brosnan i Meryl Streep tylko trochę mniej, wszystko zabija koszmarne, przerysowane, drażniące wykonawstwo na drugim planie. A trudno zabić tak prostą i głupią w sumie fabułę - rzecz polega bowiem na tym, że szykująca się do ślubu panna młoda koniecznie chce wiedzieć, kto jest jej tatą. A że kandydatów mamuśka wspomina trzech, dziewczę - w tajemnicy przed rodzicielką - całą trójkę zaprasza na wesele. Co oczywiście jest pretekstem do całego szeregu mniej lub bardziej zabawnych (zazwyczaj mniej) pomyłek.
Całość rozgrywa się w cukierkowych realiach greckiej wysepki, ale Grecy powinni pozwać producentów do sądu za antyreklamę. Ja w każdym razie bałbym się miejsca, w którym zza każdego winkla wystają hordy greckich handlarzy rybą i śpiewając komentują to, co robisz.
Dobra, zdaję sobie sprawę, że to taka konwencja. Że może tak miało być. Ale naprawdę, lepiej obejrzeć "Greka Zorbę" i puścić sobie płytę Abby, niż cierpieć takie katusze, jakie zafundowali realizatorzy "Mamma Mia!".
Gdyby ktoś przed filmem powiedział mi, że po seansie najbardziej spodobają mi się piosenki Abby, pewnie bym go wyśmiał. Ale tak właśnie było - najfajniejsze z całego filmu są nieśmiertelne hity ikony szwedzkiego disco-kiczu. Na dodatek tak zgrabnie ułożone, że ich teksty faktycznie tworzą w miarę spójną fabułę. Tyle że to nie zasługa twórców filmu, ale będącego jego podstawą musicalu. Od strony filmowej rzecz bowiem leży. Począwszy od aktorstwa. Choć Colin Firth i Stellan Skarsgard dają radę, a Pierce Brosnan i Meryl Streep tylko trochę mniej, wszystko zabija koszmarne, przerysowane, drażniące wykonawstwo na drugim planie. A trudno zabić tak prostą i głupią w sumie fabułę - rzecz polega bowiem na tym, że szykująca się do ślubu panna młoda koniecznie chce wiedzieć, kto jest jej tatą. A że kandydatów mamuśka wspomina trzech, dziewczę - w tajemnicy przed rodzicielką - całą trójkę zaprasza na wesele. Co oczywiście jest pretekstem do całego szeregu mniej lub bardziej zabawnych (zazwyczaj mniej) pomyłek.
Całość rozgrywa się w cukierkowych realiach greckiej wysepki, ale Grecy powinni pozwać producentów do sądu za antyreklamę. Ja w każdym razie bałbym się miejsca, w którym zza każdego winkla wystają hordy greckich handlarzy rybą i śpiewając komentują to, co robisz.
Dobra, zdaję sobie sprawę, że to taka konwencja. Że może tak miało być. Ale naprawdę, lepiej obejrzeć "Greka Zorbę" i puścić sobie płytę Abby, niż cierpieć takie katusze, jakie zafundowali realizatorzy "Mamma Mia!".
niedziela, 6 lipca 2008
Sąd nad Fabryką Słów
Tylko zajawię, bo rzecz warta jest wnikliwej lektury. Onet opublikował arcyciekawą (i arcydługą przy okazji) dyskusję Fabryka pisarzy. Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski i Wit Szostak - czyli bez wątpienia najlepsi polscy fantaści młodego pokolenia - dyskutują o literaturze a la Fabryka Słów. Warte najwyższej uwagi, choć wymagające skupienia. Zapis można znaleźć tutaj.
Hide & Seek
Pamiętacie Marcina Lebiodę? Bohatera "Misji profesora Gąbki", dobrego zbója, który chciał być podróżnikiem?
Lebioda, z pasją czytający wiekopomne dzieło Gregoriusa Simonidesa "Opisanie krain dziwacznych y wielce ciekawych na krańcach świata naszego znayduiących się", miał pewnej nocy piękny sen. Otóż przyśniło mu się, że wyruszył na wielką wyprawę do dalekiego kraju, gdzie tubylcy powitali go transparentem o mniej więcej takiej treści: "Witamy wielkiego podróżnika Marcina Lebiodę, który przybywa, by nas odkryć" (cytuję z pamięci, sorry, jeśli się gdzieś pomyliłem).
Lebioda przypomniał mi się po lekturze "Dziennika" z 5/6 lipca. Na ostatniej stronie, na tzw. belce pojawił się odsyłacz do tekstu o dzikich plemionach. Brzmi on tak: Na świecie żyje jeszcze blisko 100 nieodkrytych plemion.
Skoro nieodkrytych, to skąd wiemy, że sto? Tekst (notabene ciekawy), do którego się zajawka odnosi, oczywiście nie mówi o plemionach nieodkrytych, ale takich, które unikają kontaktu z cywilizacją.
Ale być może to jest jakiś pomysł na opisanie rzeczywistości? Trzeba ogłosić: 100 plemion czeka na odkrycie. Są jeszcze cztery nieznane nauce pierwiastki. Hollywood szuka dwóch ostatnich oryginalnych pomysłów, etc. Przynajmniej wszyscy będziemy wiedzieć, do czego zmierzamy.
A skoro o znaleziskach mowa, to krótka refleksja na temat mojego prywatnego odkrycia. Odkryłem bowiem dla siebie pana Lucjana Strzygę. Nie dosyć, że z takim nazwiskiem powinien pisać horrory, to jeszcze wyprodukował ostatnio na łamach "Polski" (3 lipca) przepiękne zdanie: Poczet nieboszczyków i hektolitry rozlanej krwi uszczęśliwią nawet najbardziej wymagającego urlopowicza. Zdanie co prawda puentuje tekst o wznowieniach książek (a dotyczy konkretnie "Cyklopa" Clive'a Cusslera), ale pan Strzyga powinien sprzedać je jakiemuś biuru podróży oferującemu wakacje w wydaniu ekstremalnym. Jego literacki wysiłek nie poszedłby przynajmniej na marne.
Lebioda, z pasją czytający wiekopomne dzieło Gregoriusa Simonidesa "Opisanie krain dziwacznych y wielce ciekawych na krańcach świata naszego znayduiących się", miał pewnej nocy piękny sen. Otóż przyśniło mu się, że wyruszył na wielką wyprawę do dalekiego kraju, gdzie tubylcy powitali go transparentem o mniej więcej takiej treści: "Witamy wielkiego podróżnika Marcina Lebiodę, który przybywa, by nas odkryć" (cytuję z pamięci, sorry, jeśli się gdzieś pomyliłem).
Lebioda przypomniał mi się po lekturze "Dziennika" z 5/6 lipca. Na ostatniej stronie, na tzw. belce pojawił się odsyłacz do tekstu o dzikich plemionach. Brzmi on tak: Na świecie żyje jeszcze blisko 100 nieodkrytych plemion.
Skoro nieodkrytych, to skąd wiemy, że sto? Tekst (notabene ciekawy), do którego się zajawka odnosi, oczywiście nie mówi o plemionach nieodkrytych, ale takich, które unikają kontaktu z cywilizacją.
Ale być może to jest jakiś pomysł na opisanie rzeczywistości? Trzeba ogłosić: 100 plemion czeka na odkrycie. Są jeszcze cztery nieznane nauce pierwiastki. Hollywood szuka dwóch ostatnich oryginalnych pomysłów, etc. Przynajmniej wszyscy będziemy wiedzieć, do czego zmierzamy.
A skoro o znaleziskach mowa, to krótka refleksja na temat mojego prywatnego odkrycia. Odkryłem bowiem dla siebie pana Lucjana Strzygę. Nie dosyć, że z takim nazwiskiem powinien pisać horrory, to jeszcze wyprodukował ostatnio na łamach "Polski" (3 lipca) przepiękne zdanie: Poczet nieboszczyków i hektolitry rozlanej krwi uszczęśliwią nawet najbardziej wymagającego urlopowicza. Zdanie co prawda puentuje tekst o wznowieniach książek (a dotyczy konkretnie "Cyklopa" Clive'a Cusslera), ale pan Strzyga powinien sprzedać je jakiemuś biuru podróży oferującemu wakacje w wydaniu ekstremalnym. Jego literacki wysiłek nie poszedłby przynajmniej na marne.
czwartek, 3 lipca 2008
Festung Breslau
Subskrybuj:
Posty (Atom)