Piękne musi być życie monopolisty. Zmuszać ludzi do korzystania ze swoich usług, kazać im płacić za to ciężkie pieniądze, a jeszcze nie spełniać nawet połowy ich oczekiwań i żądań. Zupełnie jak Tepsa. Albo Empik. Wiem, są konkurencyjni operatorzy telefoniczni, ale to Tepsa trzyma ster w ręce. I wiem, są księgarnie, sklepy internetowe, itp. A jednak to Empik ma palmę pierwszeństwa. Idziesz do centrum (miasta czy handlowego, wszystko jedno) i jeśli chcesz kupić sobie, dajmy na to, nową powieść Pratchetta, Gazetę Wyborczą i jakiś film na DVD, wchodzisz do Empiku. Na miejscu okazuje się, że nie ma niczego, co akurat kupić chciałeś. Może poza GW. I nie musisz mieć wcale wygórowanych żądań – nie poszedłeś tam w końcu, by kupić japońską edycję płyty niszowego zespołu. Poszedłeś tam w poszukiwaniu nowości. Na przykład „Łaskawych” Jonathana Littella. Trudno o głośniejszą premierę literacką tej jesieni. Ważna to książka czy nie, warto sprawdzić. Premiera 3 października. No to idę. Empik na Marszałkowskiej, chyba największy w Warszawie, jeśli nie w Polsce. Na nowościach nie ma. Na literaturze obcej nie ma. Na półkach z napisem „POLECAMY” nie ma. Pytam panią z informacji.
-
Już sprawdzam – pada odpowiedź. –
Niestety nie mamy. Sprawdzę datę premiery. -
Dzisiaj – podpowiadam.
-
3 października – mówi po chwili pani.
-
Czyli dzisiaj. -
To zobaczę, czy jest w innych salonach… Jest w dwóch, ale na stanie magazynowym. Możemy ją dla pana zamówić. Nie zdecydowałem się na zamówienie i po kwadransie bez problemu kupiłem „Łaskawe” w maleńkiej księgarni na tyłach Sezamu. A skoro nie ma w Empiku (dziś pewnie już jest, ale co z tego) jednej z najważniejszych premier tego sezonu, to chyba nie powinienem się dziwić, że problemem było też odnalezienie „Wilczej wyspy” Konatkowskiego (jakieś dwa-trzy tygodnie po premierze). „Dr No” Fleminga był, ale za to urządzenie przy kasie nie skanowało kodu. A rzecz dotyczy serii książek bondowskich wydawanych przez Rzeczpospolitą od mniej więcej półtora miesiąca. O tym, co kiedyś przeszedłem szukając „Ja jestem sądem” Mickeya Spillane, wspominać mi się nawet nie chce.
Z książkami nie było łatwo, ale lud czyta mało (co z tego, że akurat nie dotyczy to Warszawy), a jeśli już, to głównie Grocholę. Kto by tam sobie jakimś Littellem głowę zawracał, toż to tysiąc stron z okładem, nikt tego czytać nie będzie.
Należy więc spróbować szczęścia z filmami. Spotykam (znów na Marszałkowskiej) M. Szuka prezentu na urodziny, wybrała „Pojedynek” Kennetha Branagha z Caine’em i Lawem, wydanie całkiem świeże i nawet jakieś trzy tygodnie temu udało mi się ten film w tym samym empiku kupić. Teraz nie ma. Szukamy w nowościach – nic, na kryminałach – nic. Pan z info mówi: są dwie sztuki, na sensacji. Jak są, skoro nie ma. Ale szukamy. Na thrillerach i obyczajowych także, na „POLECAMY” i na wszelki wypadek jeszcze raz na nowościach. No, nie ma. M. kupuje wreszcie inny film, a „Pojedynek” szczerzy gdzieś pewnie zęby w uśmiechu na półce z napisem „komedie”. Albo „animacje”, bo nic nie jest mnie w stanie w Empiku już zdziwić.
W takim razie może z muzyką pójdzie lepiej, choć tu stawiam wymagania nieco większe. Niech będzie Danzig. Zamiast przeszukiwać półki, korzystam z magicznego urządzenia, które pozwala szukać płyt, odsłuchiwać fragmenty utworów (choć jeśli zeskanujesz kod cenowy tym urządzeniem, to najczęściej otrzymujesz komunikat „nie wykryto albumu”), itp. Wpisuję Danzig. Sukces! Płyta, której szukam („Circle of Snakes”) – jak informuje mnie monitorek – znajduje się w tym salonie. Szybko się okazuje, że nie na półkach z metalem, a już z pewnością nie pod zakładką „Danzig”, choć inne płyty tego zespołu są. Nie ma jej w ogóle pod D, nie tylko (sprawdziłem) na regałach z „metal/ciężkie brzmienie”, ale i na półkach z muzyką rozrywkową zagraniczną. Prawdopodobnie w ogóle jej w tym salonie nie ma, chyba że pod postacią winyla.
Szukam dalej. Satyricon, „Now, Diabolical”. Już wiem, że będzie ciężko, ale sprawdzę. Wyszukiwarka uczciwie informuje, że nie ma płyty w tym salonie, ale dostępna jest w innych empikach. No to, myślę, niech pokaże w których. Ale z oczekiwania na rezultat rezygnuję po jakichś kolejnych dwóch zlodowaceniach. Na odchodnym sprawdzam tak na wszelki wypadek na półce, ale tym razem system informatyczny nie kłamał. Płyty, oczywiście, nie ma, ale tego byłem pewien już wcześniej.
Ostatecznie wychodzę z jakimiś wcześniej nieplanowanymi zakupami i przy kasie słyszę nieśmiertelne pytanie:
-
Czy życzy pan sobie czegoś z naszej oferty specjalnej?-
A czego mogę sobie życzyć?-
Mamy filmy „Edith Piaf – niczego nie żałuję” i „300” w specjalnej cenie 19.99. -
„300” w wydaniu dwupłytowym?-
Tak.-
To poproszę. -
Niestety nie ma w tej chwili, zapraszam w poniedziałek. Dziękuję. Może wpadnę. Zwłaszcza, jeśli czegoś nie będę chciał znaleźć.