wtorek, 24 lutego 2009

Z życia Casanovy

Nie jeden mędrzec od marketingu i reklamy już dawno zauważył, że seks może sprzedać wszystko. To, co niedawno zobaczyłem na Ursy, gdzie szczęśliwie od kilku tygodni mieszkam, nie jest pewnie najbardziej kuriozalnym przykładem próby zaprzęgnięcia rubasznych skojarzeń do celów marketingowych. Ale i tak polecam, zwłaszcza wesołe hasło reklamowe tuż pod dachem samochodu...



Choć być może trzeba się nieco zastanowić, zanim skorzysta się z usług firmy Konar.

piątek, 19 grudnia 2008

Jestem niedziennikarzem

Awantura, która wybuchła po komentarzu wicenaczelnego "Wyborczej" Piotra Pacewicza, komentującego wybór Bogdana Rymanowskiego na dziennikarza roku, jest czymś zgoła kuriozalnym. Trudno jednak nie zabrać w tej sprawie głosu.
Pacewicz w tekście "Niedziennikarz roku" podkreśla, że nie chodzi mu o Rymanowskiego jako takiego, ale o profesję, jaką uprawia. „Nie określiłbym jej terminem dziennikarstwo” - pisze. "Cóż to za dziennikarstwo? Co takiego ważnego Bogdan Rymanowski ma do przekazania Polakom? Na czym się zna? Jakich wartości broni? Co ujawnia, czego byśmy nie wiedzieli?" - pyta Pacewicz, nazywając prowadzony przez Rymanowskiego program "Kawa na ławę" mianem "nieszczęścia mediów".
Ja nie mam zamiaru bronić Rymanowskiego, bo ani nie jest on moim ulubieńcem, ani tym bardziej wrogiem. Ale wydaje się, że nie od tego jest Piotr Pacewicz, żeby oceniać, kto jest, a kto nie jest dziennikarzem. Tudzież - jak określa Rymanowskiego i innych ludzi telewizji, prowadzących podobne programy - pseudodziennikarzem.
Nie wiem, czy to chwilowe zaćmienie umysłu, czy po prostu - nigdy nie wierzyłem, że coś takiego napiszę – GW w swoim pędzie do ustawiania świata na swój obraz i podobieństwo trochę się jednak zagalopowała.
Gdyby stosować zadane przez Pacewicza pytania jako kryterium bycia dziennikarzem, większość osób pracujących w tym zawodzie by się nie załapała. A ja już na pewno. Nic w tym dziwnego: ani wartości żadnych specjalnie nie przekazuję, ani ich nie bronię (swoją drogą, ciekawe co zrobi Pacewicz np. z Semką, Nowakiem czy Korwin-Mikkem, którzy zdecydowanie bronią wartości, ale zgoła innych niż "Wyborcza"), ani niczego nie ujawniam, a i wreszcie znam się na rzeczach raczej mało dla życia przeciętnego Polaka istotnych.
Co dalej, zatem? Dziennikarzem nie jestem. Krytykiem też nie, bo brakuje mi - że tak powiem - odpowiednich narzędzi i wykształcenia.
Jeśli już ma więc się określić, to - stosując nomenklaturę Pacewicza - jestem niedziennikarzem.
Ale nagród żadnych się za to nie spodziewam.

środa, 17 grudnia 2008

No fuckin' comments



Podziękowania - znowu - dla H., który wypatrzył to cudo w warszawskim metrze.

niedziela, 14 grudnia 2008

The Poison

Rzadko oglądam telewizję, ale jak już, to zdarza mi się trafić na prawdziwą perełkę. Dziś taką był poranny program "Dzień dobry TVN".
Otóż prowadzący ów program dziennikarze przywołali niechlubny epizod z najnowszej historii Ukrainy, a mianowicie próbę otrucia prezydenta Juszczenki, dodając coś w rodzaju, że wszyscy ze zgrozą obserwowaliśmy jego walkę o życie.
A po co to TVN-owi było? Ano po to, żeby zapowiedzieć materiał o tym, jak uważać robiąc przedświąteczne zakupy, żeby nie kupić czegoś nieświeżego i się nie zatruć. Padały porady m.in. pani robiącej zakupy, która zawsze kupuje świeże ryby, a wie to, bo kupuje żywe.
Redakcji TVN gratuluję wyczucia.
A jeśli ktokolwiek zastanawiałby się, dlaczego w niedzielę rano oglądałem "Dzień dobry TVN", to chyba tylko dlatego, że lubię czuć, jak życie przecieka mi przez palce.

niedziela, 2 listopada 2008

Powtórne przyjście Zbawiciela

Jeśli czekacie na powrót Mesjasza, to on już tu jest. Prowadzi sieć myjni samochodowych.
Niewierni, zajrzyjcie: www.christ.com.pl

Pan czeka z akcesoriami i serwisem.
Kryste, pomiłuj.

Duży ukłon w stronę H., który zwrócił uwagę mojej niegodnej osoby na ten święty zakład.

niedziela, 12 października 2008

Co zapamiętałeś z lekcji biologii?

Dzięki koledze, co to w pracy siedzi po mojej prawicy, zwróciłem uwagę na tytuł w dziale kulturalnym mojego ulubionego dziennika "Polska".
"Podwójny żywot polskiego tasiemca”.
Ciekawe czy uzbrojonego czy nie.
W tym samym wydaniu zapowiedź meczu Polska - Czechy: "Receptę na zwycięstwo miał dla Polski kardynał Dziwisz". Tytuł, jak się okazało, proroczy. Cud pod postacią 2:1 się wydarzył.

poniedziałek, 6 października 2008

Jeśli przygoda, to tylko w Empiku

Piękne musi być życie monopolisty. Zmuszać ludzi do korzystania ze swoich usług, kazać im płacić za to ciężkie pieniądze, a jeszcze nie spełniać nawet połowy ich oczekiwań i żądań. Zupełnie jak Tepsa. Albo Empik. Wiem, są konkurencyjni operatorzy telefoniczni, ale to Tepsa trzyma ster w ręce. I wiem, są księgarnie, sklepy internetowe, itp. A jednak to Empik ma palmę pierwszeństwa. Idziesz do centrum (miasta czy handlowego, wszystko jedno) i jeśli chcesz kupić sobie, dajmy na to, nową powieść Pratchetta, Gazetę Wyborczą i jakiś film na DVD, wchodzisz do Empiku.
Na miejscu okazuje się, że nie ma niczego, co akurat kupić chciałeś. Może poza GW. I nie musisz mieć wcale wygórowanych żądań – nie poszedłeś tam w końcu, by kupić japońską edycję płyty niszowego zespołu. Poszedłeś tam w poszukiwaniu nowości. Na przykład „Łaskawych” Jonathana Littella. Trudno o głośniejszą premierę literacką tej jesieni. Ważna to książka czy nie, warto sprawdzić. Premiera 3 października. No to idę. Empik na Marszałkowskiej, chyba największy w Warszawie, jeśli nie w Polsce. Na nowościach nie ma. Na literaturze obcej nie ma. Na półkach z napisem „POLECAMY” nie ma. Pytam panią z informacji.
- Już sprawdzam – pada odpowiedź. – Niestety nie mamy. Sprawdzę datę premiery.
- Dzisiaj – podpowiadam.
- 3 października – mówi po chwili pani.
- Czyli dzisiaj.
- To zobaczę, czy jest w innych salonach… Jest w dwóch, ale na stanie magazynowym. Możemy ją dla pana zamówić.

Nie zdecydowałem się na zamówienie i po kwadransie bez problemu kupiłem „Łaskawe” w maleńkiej księgarni na tyłach Sezamu. A skoro nie ma w Empiku (dziś pewnie już jest, ale co z tego) jednej z najważniejszych premier tego sezonu, to chyba nie powinienem się dziwić, że problemem było też odnalezienie „Wilczej wyspy” Konatkowskiego (jakieś dwa-trzy tygodnie po premierze). „Dr No” Fleminga był, ale za to urządzenie przy kasie nie skanowało kodu. A rzecz dotyczy serii książek bondowskich wydawanych przez Rzeczpospolitą od mniej więcej półtora miesiąca. O tym, co kiedyś przeszedłem szukając „Ja jestem sądem” Mickeya Spillane, wspominać mi się nawet nie chce.

Z książkami nie było łatwo, ale lud czyta mało (co z tego, że akurat nie dotyczy to Warszawy), a jeśli już, to głównie Grocholę. Kto by tam sobie jakimś Littellem głowę zawracał, toż to tysiąc stron z okładem, nikt tego czytać nie będzie.
Należy więc spróbować szczęścia z filmami. Spotykam (znów na Marszałkowskiej) M. Szuka prezentu na urodziny, wybrała „Pojedynek” Kennetha Branagha z Caine’em i Lawem, wydanie całkiem świeże i nawet jakieś trzy tygodnie temu udało mi się ten film w tym samym empiku kupić. Teraz nie ma. Szukamy w nowościach – nic, na kryminałach – nic. Pan z info mówi: są dwie sztuki, na sensacji. Jak są, skoro nie ma. Ale szukamy. Na thrillerach i obyczajowych także, na „POLECAMY” i na wszelki wypadek jeszcze raz na nowościach. No, nie ma. M. kupuje wreszcie inny film, a „Pojedynek” szczerzy gdzieś pewnie zęby w uśmiechu na półce z napisem „komedie”. Albo „animacje”, bo nic nie jest mnie w stanie w Empiku już zdziwić.

W takim razie może z muzyką pójdzie lepiej, choć tu stawiam wymagania nieco większe. Niech będzie Danzig. Zamiast przeszukiwać półki, korzystam z magicznego urządzenia, które pozwala szukać płyt, odsłuchiwać fragmenty utworów (choć jeśli zeskanujesz kod cenowy tym urządzeniem, to najczęściej otrzymujesz komunikat „nie wykryto albumu”), itp. Wpisuję Danzig. Sukces! Płyta, której szukam („Circle of Snakes”) – jak informuje mnie monitorek – znajduje się w tym salonie. Szybko się okazuje, że nie na półkach z metalem, a już z pewnością nie pod zakładką „Danzig”, choć inne płyty tego zespołu są. Nie ma jej w ogóle pod D, nie tylko (sprawdziłem) na regałach z „metal/ciężkie brzmienie”, ale i na półkach z muzyką rozrywkową zagraniczną. Prawdopodobnie w ogóle jej w tym salonie nie ma, chyba że pod postacią winyla.

Szukam dalej. Satyricon, „Now, Diabolical”. Już wiem, że będzie ciężko, ale sprawdzę. Wyszukiwarka uczciwie informuje, że nie ma płyty w tym salonie, ale dostępna jest w innych empikach. No to, myślę, niech pokaże w których. Ale z oczekiwania na rezultat rezygnuję po jakichś kolejnych dwóch zlodowaceniach. Na odchodnym sprawdzam tak na wszelki wypadek na półce, ale tym razem system informatyczny nie kłamał. Płyty, oczywiście, nie ma, ale tego byłem pewien już wcześniej.
Ostatecznie wychodzę z jakimiś wcześniej nieplanowanymi zakupami i przy kasie słyszę nieśmiertelne pytanie:
- Czy życzy pan sobie czegoś z naszej oferty specjalnej?
- A czego mogę sobie życzyć?
- Mamy filmy „Edith Piaf – niczego nie żałuję” i „300” w specjalnej cenie 19.99.
- „300” w wydaniu dwupłytowym?
- Tak.
- To poproszę.
- Niestety nie ma w tej chwili, zapraszam w poniedziałek.

Dziękuję. Może wpadnę. Zwłaszcza, jeśli czegoś nie będę chciał znaleźć.